zapowiedzZapowiedź książki Hanny Piotrowskiej
Barwy, smak i zapach tamtych lat. Pamiętnik optymistki.

Kolory i smaki, zapachy i dźwięki… A nawet jakieś wypowiedziane lub usłyszane słowo. Przywołują zdarzenia zwykłe, mało znaczące, albo ważne, a nawet tragiczne…
Czarna jest skórkowa rękawiczka niemieckiego oficera, który podnosi i podaje mi drewniane kółko, na nadwiślańskim bulwarze… Czarna jest czeluść naszej piwnicy i wyłaniająca się z pyłu postać śmiertelnie rannego powstańca.
Zapach floksów w babcinym ogrodzie i wciskający się w każdy zakątek, a nawet w każde włókno odzieży – odór dymów płonącej, powstańczej Warszawy… Turkot maszyn Fuchsa na ulicy Czekoladowej
i dźwięk lekcyjnych dzwonków „Pod Mądrą Sową”, zagłuszone później łoskotem bomb…
Złoto-czerwony zachód słońca nad Tatrami, u kresu naszej popowstaniowej tułaczki?…
Jak zrujnowany Prudential na tle płonącej Warszawy.
Ale co do tego wszystkiego ma optymizm? Ma… Pozwala widzieć i czuć wszystkie obrazy
i wydarzenia, ale przeżywać od nowa tylko to, co było dobre, piękne i radosne… No i trzeba marzyć, bo marzenia się spełniają…
W upalne wrześniowe południe 1944 roku siedziałam u wejścia do naszego kolejnego piwnicznego schronu, zatopiona w znalezionej gdzieś w gruzach, opowieści o francuskiej Rewolucji. Razem
z damami dworu Marii Antoniny spacerowałam po ogrodach Wersalu, dumna z mojej szeleszczącej krynoliny. Jej szelest przerwał nagle potworny zgrzyt, a całą piwniczką aż zakołysało. W chwilę potem okazało się, że nade mną leży ogromna beczka – niewypał, zwana „krową”, zdolna do zmiażdżenia wielopiętrowej kamienicy. Nie wybuchła i chyba tylko dlatego, żebym po latach mogła tam spacerować. Może nie w krynolinie, ale dokładnie tak, jak sobie wtedy wymarzyłam…
Moje inne podróże były spełnieniem innych marzeń. Stojąc u podnóża ocalałych przęseł mostu
w Awinionie, podziwiałam mury papieskiego pałacu i czekałam aż zobaczę orszak, kierujący się do winnicy w Chateaunef. Widziałam jadącego przodem, w białych szatach, papieża i cały jego barwny dwór.
W Lizbonie stałam na końcu średniowiecznego świata, wyobrażając sobie, że w tym samym miejscu stali wielcy żeglarze, mocując się ze swymi pragnieniami i strachem przed nieznanym.
W mrocznych wnętrzach białych cerkwi Władimira i Suzdalu czułam mistyczną obecność najsławniejszego ikonopisa – Andrieja Rublowa.
Wreszcie miałam już swoją – całkiem własną – „uliczkę w Barcelonie”…
Trzeba marzyć… Ale czy koniecznie musi to być marzenie nazwane, czy musi mieć swój przedmiot? Chyba nie. Wystarczy czekać i wierzyć, że w naszym życiu zdarzy się jeszcze coś bardzo pięknego, wyjątkowego, nieznanego… Trzeba być na to przygotowanym. Przygotowanym, żeby móc to skonsumować i przeżyć. I Broń Boże, nie starać się odgadnąć zawczasu, co to będzie…
Hanna Piotrowska